Gdy jedna chce, a druga nie – problemy z pożądaniem w długoletnich związkach

Leżała obok niej każdej nocy. Przytulały się, rozmawiały, razem robiły zakupy i oglądały seriale. Dobrze im razem było, wygodnie. Dogadywały się praktycznie we wszystkim, a… mimo to nie pamiętała już, kiedy ostatni raz naprawdę jej pragnęła. Co gorsza, dobrze wiedziała, że jej partnerka wciąż to pożądanie w sobie ma. Wciąż czuje i tęskni za fizyczną bliskością. Dlaczego nie mogła jej tego dać?

Tuż przed zaśnięciem obejmowała ją ramieniem i usilnie starała się nie myśleć o tym, jak bardzo pragnie się z nią kochać. Nie była już w stanie dłużej słyszeć „nie”. Nie dzisiaj, nie mam siły, nie czuję się dobrze, nie no… za jasno jest. Czasem jeszcze bywało: głowa mnie boli, a może ja ciebie podotykam, a ty mnie kiedy indziej? Albo: dzisiaj to jestem totalnie zmęczona.

Dwie kobiety dwa temperamenty – jedna pustka pomiędzy

Długoletnie związki rzadko wiecznie płoną pożądaniem, a przynajmniej ja o takich nie słyszałam, więc jeśli znacie jakiś wyjątek, który potwierdziłby tę regułę – koniecznie mi o tym napiszcie. O ile sytuacja, w której z biegiem lat, monotonii czy spraw zdrowotnych i hormonalnych, pożądanie w parze wygasa obustronnie – jest dla mnie całkowicie okej, o tyle… sytuacja gdy jedna płonie, a druga dokumentnie zgasła – już okej nie jest.

Co wtedy robić? Jak powinna zachować się strona, która zmuszać się do s.ksu nie chce, a jak ta, która wciąż ma ochotę, ale praktycznie nie ma z kim, chociaż jest w związku? Zmuszanie samej siebie do pożycia z drugą osobą trąci koszmarem (serio!), ale i odkładanie własnych potrzeb całkowicie na bok i „godzenie się” z tym, że jest jak jest – też do miłych nie należy.

Kiedy partnerka przysuwała się do niej i kładła ciepłą dłoń na jej brzuchu, czuła się tak dobrze, miękko, jak w domu. Coś jednak w głowie nerwowo podszeptywało jej, że jak tylko wypowie miłe słowo w tej sypialnianej nocnej scenie, to tamta zaraz posunie się dalej. Zacznie głaskać, całować, chcieć więcej. Zestresowała się od razu. Nie mogła do tego dopuścić, bo dyskomfort i brak potrzeby fizycznych macanek skutecznie ją blokowały. Nie mówiła więc nic. Zasypiały obie, chociaż chmurę niedopowiedzeń czuło się w powietrzu.

Myślała tylko o tym, żeby wsunąć rękę pod jej koszulkę i delikatnymi muśnięciami gładzić jej biust, jak dawniej. Powstrzymywała się jednak, bo wiedziała, że gdy tylko to zrobi, usłyszy „nie”. Jak długo można słyszeć nie i łykać odrzucenie? Rok, dwa, pięć? U nich to było już ponad dziesięć lat, może więcej, ale przestała liczyć – bała się tych cyfr. Nie chciała już więcej płakać, bo swoje wyryczała. Rozmów też nie chciała – przerobiły ich tysiące. Zamknęła oczy i zanim zasnęła, z poczuciem winy pomyślała… o innej. Wyobrażała sobie s.ks z kobietą inną niż własna. Tylko s.ks, żadnej miłości. Miłość już miała.

Smutne trochę, co? Myślę sobie, że nawet bardzo i to w dwie strony tego medalu.

Jak myślicie, co z taką sprawą zrobić? Czy jest dobre wyjście?

Czekać aż i tej o większym temperamencie z czasem żądza wygaśnie? Zdradzać po cichu, bo w końcu s.ks to tylko s.ks – fizyczna potrzeba, która z miłością wcale wiązać się nie musi? Czy jest tu jakieś rozwiązanie? Zastanawiam się nad tym, co sama bym w takiej sytuacja zrobiła, i to będąc na miejscu jednej lub drugiej osoby z takiego związku. Czułość bez iskry vs Iskra bez czułości. Pogmatwane, co?

Czym jest zdrada i dlaczego tak upieramy się, że jest ZŁA?

Co do definicji, zdrada to świadome złamanie zaufania, przysięgi lub naruszenie ustalonych zasad w relacji (np. partnerskiej, przyjacielskiej, zawodowej). W kontekście relacji romantycznych jest to przekroczenie granic wierności i lojalności na rzecz innej osoby.

I tu zaczyna się całe moje dumanie, które dla czystości umysłu postaram się jednak skrócić, bo filozofować to ja mogę godzinami.

Jeśli na początku związku umawiamy się na: miłość i wierność, gdzie przez miłość rozumiemy i tę codzienną i fizyczną, to… czy w momencie gdy jedno nie chce już kochać się z drugim, a to drugie – w końcu pójdzie na boki – to, zgodnie z definicją i tym, na co się umawialiśmy – czy możemy mówić o zdradzie? I w którym momencie właściwie do niej doszło?

Przeczytaj poprzednie zdanie raz jeszcze, uważnie.

Mam takie wrażenie, że przyzwyczailiśmy się do schematów i rozumienia pojęć wprost: miłość to znaczy ze sobą do końca życia, zdrada to znaczy – on lub ona bzyknęli się z kimś innym. Ale, ale! Co z powodami, przyczynami, co z całą tą przestrzenią pomiędzy aktem czysto fizycznym? I dlaczego kwestia dupy jest dla nas tak paląca, że w szrankach z codziennym wspólnym życiem, przyjaźnią,  prowadzeniem domu, rodziny, pracą – wygrywa, gdy tylko ta jedna dupa znajdzie się przy innej?

Serio mnie to zastanawia.

Dwie różne osoby to różne potrzeby – dlaczego ktoś musi zrezygnować

Skoro wiemy, że stanowimy różne jednostki i każda z nich ma jeszcze przed związkiem swoje własne potrzeby (tu czytaj: s.ksualne), to… dlaczego w związku, po dojściu do punktu, gdzie „wspólna nić fizyczna” się kończy, są tylko dwa „legitne i akceptowalne przez świat” wyjścia:

  1. Rozstanie
  2. Rezygnacja jednej ze stron z własnych pragnień

Dlaczego nie ma tu wyjścia takiego, jak w przypadku gdy ja mam swoje hobby (malarstwo) i ty masz swoje hobby (motoryzacja), ale te hobby się nam nie pokrywają, więc ustalamy, że ty masz swoje i raz w tygodniu sobie malujesz do woli, a ja swoje i raz w tygodniu pędzę na motor i cieszę się nim, tak po prostu?

Dużo ostatnio czytam o tym, że w parze musi być przestrzeń na własne pasje i zainteresowania. Że nie można kochanej osobie odbierać tego, czym żyła przed relacją, że każdy ma prawo to tego, żeby się realizować.

Ale…!

Ale to oczywiście nie dotyczy s.ksu! Heheh.

Wiem, że trochę upraszczam, ale widzisz tę analogię, prawda?

Stereotypy do gruntownego remontu

Dochodząc zatem do punktu: gdy jedna chce, a druga nie (uwaga: związków damsko – męskich też to dotyczy!) – może prościej byłoby przestać spinać mięśnie i psyche na tej całej zdradzie i… to będzie kontrowersyjne:

  • Nie zmuszać się do seksu z partnerką, gdy samej się już tego nie chce, ale szanować to, że i ona ma prawo mieć to, czego potrzebuje.
  • Znaleźć sobie kogoś na boku, ot – np. w podobnej sytuacji i nie zabijać dłużej własnego temperamentu i pragnień pod hasełkiem „o mój boże, to zdrada, to koniec świata, oj, oj!”
  • Pozwolić osobie, która wciąż pragnie i czuje na s.ks z kimś innym. W końcu ją kochamy i chcemy, żeby była szczęśliwa, nie? Nawet jeśli same nie możemy (lub nie chcemy już) jej tego dawać.

Ha. W każdym razie w/w punkty wymagałyby totalnego remontu w głowie. Łącznie z zerwaniem tapet i zryciem wewnętrznej elektryki, która przez lata uczyła nas, co jest dobre, a co jest fe. I która w przedziwny sposób nauczyła całe pokolenia, że skok w bok to koniec świata.

A co jeśli, wcale nie?

gdy jedna chce a druga nie

Jeśli masz ochotę skomentować ten artykuł, albo napisać w tym temacie coś od siebie, zapraszam na Facebooka lub e-mail: olamajer@op.pl

Przewijanie do góry