Najbardziej brakowało jej nie wspólnych śniadań ani romantycznych wiadomości nadsyłanych SMS-ami trzy razy dziennie. Tęskniła za tym momentem, kiedy ktoś patrzy na nią tak, że całe ciało nagle przestaje być obojętne. Brakowało jej poczucia, że jest dla kogoś atrakcyjna, że ktoś ją pożąda i pragnie fizycznego dotyku w sposób, który nie obiecuje wieczności, tylko bliskość i przyjemność. Czasem, gdy przymykała oczy, leżąc w wielkim pustym łóżku własnej sypialni, wyobrażała sobie dłonie przemykające opuszkami po jej obojczykach. Usta ogrzewające gorącym oddechem jej skórę. Dwa nagie ciała splecione w jedno – bez mówienia sobie „kocham” czy „to już na wieki”.
Czy takie pragnienie jest złe? Czy kobiecie – bez względu na to, czy jest lesbijką czy hetero – wypada w ogóle NIE marzyć o związku, ale myśleć mocno o własnej przyjemności, spełnieniu, satysfakcji?
Romantyczne książki w liceum i budowanie mi wizji tego, jak ma wyglądać świat
Dużo czytałam, przyznaję. Od szczyla pochłaniałam książki jak wodę i karmiłam się tym, co w nich było. Szkolne lektury – wielkie nieszczęśliwe lub szczęśliwe miłości. Postaci cierpiące z samotności i znajdujące ukojenie jedynie w romantycznym związku. Wielkie mezaliansy i dramy, które kończyły się albo śmiercią bohaterki, albo ślubem – bo przecież żadne inne rozwiązanie nie usatysfakcjonowałoby człowieka. Miłość albo śmierć. I rozrywanie ciała na strzępy, jeśli to pierwsze nie skończy się na ślubnym kobiercu. Matko.
Przez lata wierzyłam, że tak właśnie musi być – zresztą, czego się tu spodziewać, skoro chłonny umysł młodego człowieka wierzy w to, co podsuwają mu wieszcze, pisarze, nauczyciele. Ba! Nawet, jeśli nie wierzy i torpeduje wbijane mu przez dorosłych mądrości – to i tak podprogowo w świadomości mu się one kodują.
I tak oto dorasta ktoś, kto w głównym celu swojego życia upatruje:
- forsy (żeby mieć lepiej niż jego rodzice)
- i wielkiej miłości do krańca swych dni.
A co jeśli nie każda kobieta marzy o związku?
Wtedy pewnie pasowałoby do niej filmowe określenie, „bo to zła kobieta była”. Zdzira, łatwa, puszczalska no i wiadomo: taka, co to życia nie zna.
A gdyby tak odłożyć na bok to wszystko, czym nas za łebka nakarmiono?
Coraz więcej kobiet szuka dziś bliskości bez potrzeby budowania klasycznego związku. Bez presji ślubu, wspólnego mieszkania i odgrywania życiowego scenariusza, który podobno powinien uszczęśliwiać wszystkich tak samo.
Znaleźć fajną pracę, mieć zadowalające zarobki i realizować się dokładnie tak, jak same tego chcemy? Podróżować, zwiedzać świat, śmiać się z tego co nas bawi i decydować o tym JAK i z KIM chcemy lub nie chcemy być.
Spotykać się, poznawać ludzi, kochać się z nimi, czerpać przyjemność z tego, co piękne i nie zasypiać potem z górą wyrzutów sumienia, tylko z poczuciem, że jestem wolna i mogę (bo czemu nie?) brać dla siebie to, co chcę, od człowieka, który chce tego samego?
Tu ważne jest: od człowieka, który chce tego samego. Podkreśliłabym to nawet.
Marzy mi się taka relacja, w której zasady są jasne. Nie planujemy ślubu, nie dyskutujemy codziennie o tym, co zrobić na obiad, nie mieszkamy razem i nie dzielimy się ze sobą tym, czy kupa dziś była, czy jeszcze nie.
Jest wsparcie, jest s.ks, jest bliskość, ale bez tej całej górnolotnej otoczki, w której wszystko musi być jak w taniej, romantycznej książce rodem z Harlequina.
Emocjonalna niezależność.
Bez wstydu, że myślę inaczej i że wcale nie chcę tego, czego w teorii powinni chcieć wszyscy.
Dwadzieścia lat temu nigdy nie przeszłoby mi to przez myśl
Może to wiek tak wiele w podejściu do związku zmienia? Może stałam się cyniczna i egoistyczna? A może w gruncie rzeczy po czterdziestce patrzy się na świat inaczej, czego innego chce, o czym innym marzy. Hm, nie wiem tego – targają mną dziś różne emocje, ale jedno wiem na pewno: nie mam w sobie szalonego pragnienia ślubu (choć szanuję odmienne decyzje – to jasne).
Czasem wydaje mi się, że jestem zlepkiem wszystkiego i zarazem niczego. Wszystkiego – w kontekście tego, co pakowałam sobie do głowy przez lata. I niczego – w myśleniu o tym, jak to „wszystko” niewiele dziś dla mnie znaczy.
Szukam emocji, odkryć i wrażeń. Nowych doświadczeń, które pozwolą ciału poczuć coś pięknego bez potrzeby przymusu by to coś trwało i trwało i wreszcie zostało zabite monotonią, powtarzalnością i znajomością tematu na wylot.
Lubię żółty ser i pomidory, ale czy to znaczy, że mam jeść wyłącznie te rzeczy aż do czasu ostatniego oddechu?
—
Do poczytania:
- „Suma oddechów” – książka z dedykacją: https://www.olamaj-autorka.pl/produkt/suma-oddechow-ksiazka-z-dedykacja/
- E-booki dla dorosłych – https://www.olamaj-autorka.pl/kategoria-produktu/e-booki/
